Piłkarskie cytaty z epoki i nie tylko (12)

05-12-2013

PAMIĘTA PAN SKŁAD PRZEDWOJENNEJ REPREZENTACJI?

- PAMIĘTAM REPREZENTACJĘ OD 1936 ROKU DO WOJNY. W BRAMCE ALBAŃSKI Z POGONI LWÓW, PRZECIĘTNEGO WZROSTU, ALE DOBRZE ZBUDOWANY. NA OBRONIE MARTYNA I SZCZEPANIAK. MARTYNA MIAŁ JAKIEŚ METR SZEŚĆDZIESIĄT. TO BYŁA TAKA BARYŁKA, STRASZNIE NABITY, POTWORNA SIŁA WYKOPU. JAK ON SIĘ ROZPĘDZAŁ DO PIŁKI, CAŁA WIDOWNIA ROBIŁA "OOO!". KOPAŁ AŻ POD BRAMKĘ PRZECIWNIKA. WSZYSTKIE KARNE I WOLNE EGZEKWOWAŁ. BYŁ BARDZO MIŁYM CZŁOWIEKIEM, POZNAŁEM GO PO WOJNIE.

SZCZEPANIAK Z POLONII TO BYŁ DŻENTELMEN PIŁKARSTWA. ZAWSZE STARANNIE UCZESANY - PRZEDZIAŁEK I WŁOSKI PRZYKLEPANE BRYLANTYNĄ. TA SKORUPA NIE PRZESZKADZAŁA MU W GŁÓWKACH.

W POMOCY DYTKO I WASIEWICZ. DYTKO TO BYŁ DĄB ŚWIĘTOCHŁOWICE. WASIEWICZ, TAKI CZARNY, GRAŁ NA ŚRODKU - KTOŚ W RODZAJU DEYNY. NO I GÓRA Z CRACOVII. GÓRA BYŁ PÓŹNIEJ VOLKSDEUTSCHEM. NIE PRZESZKODZIŁO MU TO ZRESZTĄ PRZEJŚĆ DO ARMII ANDERSA, GDY DOSTAŁ SIĘ DO NIEWOLI.

W ATAKU PAMIĘTAM LEWĄ STRONĘ, BO ZAWSZE BYŁA WAŻNIEJSZA. LEWOSKRZYDŁOWYM BYŁ WODARZ. LEWĄ NOGĘ MIAŁ ZUPEŁNIE FANTASTYCZNĄ, WALIŁ BOMBY Z NIEPRAWDOPODOBNEGO KĄTA. BRAMKA SIĘ TRZĘSŁA, JAK TO WPADAŁO. NA LEWYM ŁĄCZNIKU GRAŁ WILIMOWSKI. NA ŚRODKU BYŁ WOSTAL Z AKS-U CHORZÓW, ROBIŁ GRĘ, BO WTEDY ŚRODEK ATAKU ROZDAWAŁ PIŁKI.

NA PRAWYM SKRZYDLE GRAŁ W KADRZE PIEC. BYŁO DWÓCH BRACI - PIEC I I PIEC II. TEŻ DĄB ŚWIĘTOCHŁOWICE. NA PRAWYM ŁĄCZNIKU BYŁ PIĄTEK Z AKS-U.

- tak wspominał przedwojenną drużynę wybitny aktor Andrzej Łapicki. W porównaniu ze słynnym meczem z Brazylią zmieniła się, ale właściwie nieznacznie. Wostala zastąpił na środku ataku Fritz Scherfke z Warty Poznań, a Wasiewicza Ślązak Erwin Nyc związany przed wojną z Polonią Warszawa. Największe zmiany zaszły w obronie. Nowym partnerem Szczepaniaka został Antoni Gałecki z ŁKS-u. W bramce Albańskiego zastąpił krakowski golkiper Edward Madejski. W tym miejscu małe sprostowanie. Dytko reprezentował wówczas w Dąb Katowice, a bracie Piecowie Naprzód Lipiny, co oczywiście w najmniejszym stopniu nie umniejsza barwnej opowieści Andrzeja Łapickiego.

Na skanie (z archiwum Thomasa Urbana) niemieckiego Kickera z 1938 roku widoczne karykatury piłkarzy reprezentacji Polski. U góry Wilimowski, w środku Szczepaniak, poniżej Dytko.

Źródło: „Broniłem w KS Błysk", wywiad Jacka Szczerby, Gazeta Wyborcza, 5 stycznia 2001 r.


Piłkarskie cytaty z epoki i nie tylko (11)

28-11-2013

„MOJA MAMA OPOWIADAŁA, ŻE W LATACH 30. JECHAŁA POCIĄGIEM ZE LWOWA DO PARYŻA Z POLSKĄ DRUŻYNĄ PIŁKARSKĄ. BYŁA WTEDY ŁADNĄ PANIENKĄ Z DOBREGO DOMU, JECHAŁA PIERWSZĄ KLASĄ I PRZYCZEPIŁ SIĘ DO NIEJ JAKIŚ CHUDY RUDZIELEC. NIE WIEDZIAŁA, KTO TO JEST. BYŁ TAK NATARCZYWY, ŻE DAŁA MU W TWARZ I WEZWAŁA KONDUKTORA. WTEDY
POWIEDZIAŁ, ŻE NAZYWA SIĘ WILIMOWSKI”

- to wspomnienie sąsiadki Ernesta Wilimowskiego, która przed wojną mieszkała na ulicy Barbary w Katowicach, właśnie tam, gdzie dorastał Ezi.

O jego zamiłowaniu do przelotnych romansów krążyły legendy podsycane niesprawdzonymi plotkami jak ta, że miał cztery żony…

Po latach sam Wilimowski przyznawał, że gdy w 1934 trafił do Ruchu strzelał bramki na zawołanie, chcąc przypodobać się córce wiedeńskiego trenera „niebieskich” Gustava Wiesera. Zapewne z jego twarzy nie znikał wówczas osławiony szelmowski uśmiech…

Źródła: „Okrzyknięto go zdrajcą”, Katowice.naszemiasto.pl, 02.01.2004 r., tygodnik „Mecz”, cykl tekstów Andrzeja Gowarzewskiego „Ja, Ezi Wilimowski”, 1990 r.

Fot. Archiwum Thomasa Urbana

Ezi na okładce Kickera po raz trzeci!

24-11-2013

Był wówczas niekwestionowaną gwiazdą TSV 1860 Monachium. Podobnie jak stojący obok niego Heinz Krueckeberg. Okładka pochodzi z 13 października 1942 roku. Miesiąc później monachijczycy sięgną po Puchar Tschammera (odpowiednik dzisiejszego Pucharu Niemiec). W Berlinie w obecności około 80 tysięcy widzów pokonają 2:0 Schalke 04. Wynik otworzy w 80. minucie Wilimowski.

Prawdopodobnie Ezi już nigdy później jako czynny piłkarz nie zagościł na pierwszej stronie prestiżowego Kickera. Heinz Krueckeberg, z którym tworzył świetny duet w ataku, nie doczekał końca wojny.
Zginął na froncie 7 marca 1945 roku. Do dziś pozostaje jedną z legend TSV…

Fot. Archiwum Thomasa Urbana

"Ezi, odpuść sobie!"

21-11-2013

Spotkali się w zatłoczonym pociągu do Monachium, Ezi był wówczas na przepustce z wojska, jechał na mecz. Oni jechali z dalekich Lipin, ale cel ich podróży był ten sam…

Był październik 1942 roku. W półfinale Pucharu Tschammera (protoplasta Pucharu Niemiec) TSV 1860 Monachium Wilimowskiego miało się zmierzyć z Tus Lipine (dawny Naprzód Lipiny). Trudna już dziś do sprawdzenia informacja mówi, że właśnie w pociągu Wilimowski spotkał się z ekipą braci Pieców… A ci namawiali go, by odpuścił sobie ten mecz przy okazji wspominając dawne przedwojenne czasy. Starszy z braci Pieców Ryszard zagrał przecież z Ezim w słynnym meczu z Brazylią na
mistrzostwach świata.

Co było dalej? Ezi najwyraźniej nie przystał na propozycję. Mecz, rozegrany w niedzielę 25 października 1942 roku, zakończył się pogromem TuS. Monachijczycy wygrali 6:0, a Wilimowski zdobył cztery gole.  Do siatki trafiał w 22., 30., 85. i 89 minucie. Dwa kolejne trafienia dołożyli Janda i Krueckeberg.

Co ciekawe, piłkarze z Lipin do Monachium jechali cały dzień, a na miejsce dotarli dopiero w dniu meczu. Byli wykończeni. Zasnęli w hotelowych łóżkach. Nie zeszli do schronu nawet w momencie, gdy rozległ się alarm przeciwlotniczy… Inna sprawa, że ich prezes Joseph Debernitz w ostatniej chwili załatwił im w Katowicach drugą kategorię folkslisty. Bez tego mecz w ogóle by się nie odbył… W biednej śląskiej osadzie (dziś dzielnicy Świętochłowic) niewiele osób mówiło bowiem po niemiecku. W efekcie, na boisku doszło do skandalu, bo piłkarze z Lipin wciąż odzywali się po polsku. Ale to już zupełnie inna historia…

Logo: sksnaprzodlipiny.futbolowo.pl 

Źródła: Karl-Heinz Haarke, Georg Kachel, „Fußball – Sport ohne Grenzen. Die Lebensgeschichte des Fußball-Altnationalspielers Ernst Wilimowski”, Laumann-Verlag (Dülmen), 1996 r.; Paweł Czado, Joachim Waloszek „Gestapo prosiło, żeby grać”, Gazeta Wyborcza, 20-05-2005.

 

Piłkarskie cytaty z epoki i nie tylko (10)

18-11-2013

„CHOPY, TEROZ GROMY”

- tymi słowami w przerwie meczu ligowego mobilizował kolegów ktoś ze starszyzny Ruchu Chorzów.

Ale po kolei. „Niebiescy” grali z Wartą Poznań, był 16 września 1934 roku. Do przerwy klub z Hajduków przegrywał 1:3. Niespodziewanie jednak do szatni wszedł jeden z działaczy i obiecał piłkarzom premie za odwrócenie losów meczu w drugiej połowie. Wówczas padły słowa „chopy, teroz gromy”. Najpewniej w ten sposób szatnię mobilizował kapitan Ruchu Jan Badura, być może Stefan Katzy, który pełnił tę funkcję w poprzednich sezonach.

Stawiamy jednak na Badurę (na zdjęciu). Nazywany przez kolegów „Babciochem” bądź „Hanysem” Badura był rekordzistą Ruchu pod względem liczby występów w okresie międzywojennym. Zaliczył ponad 200 spotkań w niebieskiej koszulce. Okazał się też skutecznym motywatorem. Po przerwie Ruch strzelił sześć bramek i ostatecznie triumfował 7:3!

Dla Wilimowskiego był to pamiętny mecz. W swoim debiutanckim sezonie w lidze, na własnej skórze doświadczył jak wiele znaczy starszyzna drużyny, której młody chłopak musi po prostu słuchać… Kto grał kiedyś w piłkę sam się o tym przekonał.

Bramki w tamtym spotkaniu zdobyli: Peterek – 2 (39 z karnego, 46), Wilimowski – 2 (51, 90), Wodarz – 2 (79, 86), Malcherek (76).

„Niebiescy” zagrali w składzie: Tatuś - Katzy, Badura, Zorzycki, Panchyrz, Peterek, Wilimowski, Wodarz, Urban, A. Rurański, E. Malcherek.

Źródło: Ja, Ezi Wilimowski, cykl tekstów Andrzeja Gowarzewskiego w tygodniku Mecz, 1990
r.

Zdjęcie: wikipedia.pl

1   2   3   4   5   6   7   8   9