79 lat temu Ruch pokonał Bayern!

30-12-2013

Przed wojną nie było rozgrywek pucharowych. A szkoda. Klub z Hajduków mógłby na poważnie zaistnieć w Europie. Kto wie, czy nie stałby się marką na miarę Realu Madryt!

Właśnie dziś mija 79 lat od historycznego sukcesu Ruchu. Podczas tournée w Niemczech ekipa Ernesta Wilimowskiego pokonała 1:0 słynny Bayern Monachium. Mecz rozegrano 30 grudnia 1934 roku, jedyną bramkę wbił monachijczykom Teodor Peterek, a bramkarz Eryk Tatuś obronił karnego, którego egzekwował Schneider. To było niesamowite tournée, bo Ruch rozprawił się jeszcze z równie utytułowanym VfB Stuttgart. Po zaciętym spotkaniu wygrał 5:4. Hat tricka zaliczył Wilimowski, a dwa trafienia dorzucił Gerard Wodarz. Czy można się zatem dziwić, że polska prasa wpadła w euforię. Na zdjęciu archiwalne wydanie Przeglądu Sportowego ze stycznia 1935 roku, w dolnej części strony piłkarze Ruchu złożyli autografy dla czytelników gazety, przesyłając życzenia noworoczne. Redaktorzy opatrzyli kartkę dopiskiem: „Dziękujemy i życzymy: tylko tak dalej!".

Zwycięstwa Ruchu nie umknęły także uwadze czynnikom państwowym. Ministerstwo Spraw Zagranicznych nagrodziło klub za najlepsze wyniki na arenie międzynarodowej. Dziś możemy sobie wyobrazić, co by było gdyby... istniał wówczas Puchar Europy albo rozgrywki Ligi Mistrzów. I w sezonie 1934/35 Ruch trafiłby do grupy z Bayernem Monachium i VfB Stuttgart. Fazę pucharową miałby jak w banku.

Fot. Archiwum Thomasa Urbana

Peterek był herodem...

23-12-2013

W latach 30. Ruch Chorzów organizował spotkania wigilijne, a na nich tradycyjne jasełka. Gerard Wodarz wcielał się w aniołka, Karol Dziwisz przybierał postać diabła, a Teodor Peterek był herodem. Kim był Ernest Wilimowski? O tym źródła milczą...

Niemniej, z okazji zbliżających się świąt życzymy wszystkim naszym czytelnikom, by spędzili je w spokojnej atmosferze wśród najbliższych. Bo to przecież najważniejsze.

Diagne i Wilimowski mogli grać w jednej drużynie! Ale wówczas Ezi nie stałby się legendą

19-12-2013

Ernest Wilimowski jesienią 1937 roku dostał propozycję gry w Racingu Paryż. Wówczas jego partnerem zostałby legendarny Raoul Diagne, pierwszy zawodnik z Afryki subsaharyjskiej, który wystąpił na mundialu. Gdyby Ezi przyjął ofertę, jego życie mogło się potoczyć inaczej...

Zacznijmy tę historię od ...końca. 4 listopada 1937 roku tłumy kibiców czekały na dworcu w Katowicach, nerwowo wypatrując czy śląscy piłkarze wrócą w komplecie z tournee po Francji. Gdy pociąg wjechał na stację, a w jednym z okien zobaczyli słynny szelmowski uśmiech Ernesta Wilimowskiego, naturalnie odetchnęli z ulgą...

Kilka dni wcześniej Ślązacy (oprócz Eziego także m.in. Wilhelm Góra, Leonard Piątek i Gerard Wodarz) oczarowali menedżerów piłkarskich nad Sekwaną. W barwach reprezentacji Ligi Polskiej pokonali min. kadrę Francji Północnej 2:1, co było nie lada osiągnięciem. I jak można się było domyślać działacze Racingu Paryż robili wszystko by skaperować ich do swojego klubu. Na celownik obrali sobie Górę i Wilimowskiego, któremu za podpis pod kontraktem oferowano 15 tysięcy franków, a miesięcznie miał zarabiać ok. 700 złotych. To była wówczas góra pieniędzy. Potrzebny był jednak fortel, bo Eziego jak oka w głowie pilnowali usłużni działacze PZPN-u. Od czego jest jednak Paryż nocą... Gdy Góra z Ezim wypuścili się w miasto, ludzie z Racingu szybko ich namierzyli. Zaczęli stawiać dobry alkohol, a że problemów z komunikacją nie było (Góra i Wilimowski świetnie znali niemiecki) sytuacja wymknęła się spod kontroli. Nad ranem podsunęli piłkarzom kontrakty do podpisu, ci odmówili złożenia autografów, wiec ludzie z Racingu postraszyli ich Policją. Wilimowski z Górą podpisali się niechlujnie (lub w innej wersji nabazgrali coś co tylko miało przypominać ich podpisy) i wrócili do hotelu. Nad ranem donieśli o wszystkim polskiej ekipie, ta z kolei powiadomiła MSZ, więc „nocny wypad" z miejsca stal się sprawą rangi państwowej. W efekcie, obaj piłkarze spokojnie wrócili do kraju.

Co ciekawe, w międzyczasie o szczegółach negocjacji i ofercie finansowej napisała francuska gazeta „I"Auto". Kibice na Śląsku nie do końca byli zatem przekonani, czy Ezi wróci. Stąd takie tłumy na dworcu.

A co z tym wszystkim ma wspólnego Raoul Diagne. Sięgnijmy do wpisu na blogu Michała Zichlarza o afrykańskiej piłce...

„Z historii afrykańskiej piłki. Kolonialiści, futbol i... Ernest Wilimowski

Dwie główne kolonialne potęgi w Afryce, czyli Francja i Anglia, prowadziły na kontynencie całkowicie odmienną politykę. Brytyjczycy zachęcali lokalne elity do przyjęcia wyspiarskiego trybu życia. Popierali też tworzenie narodowych związków piłkarskich.

Nie było jednak mowy o tym, żeby futboliści z Czarnego Lądu mogli zasilać kluby na Wyspach Brytyjskich, nie mówiąc już o reprezentacji. Zresztą pierwszym czarnoskórym zawodnikiem, który wystąpił w reprezentacji Anglii, był Viv Anderson. W jedenastce Albionu debiutował w 1978 roku.

Inaczej postępowali Francuzi. Hamowali rozwój miejscowych zespołów, ale za to chętnie ściągali utalentowanych piłkarzy, do swoich czołowych klubów. Jednym z nich był Raoul Diagne z Senegalu.

To pierwszy zawodnik z Afryki, który zrobił karierę na europejskich boiskach. Jego ojciec Blaise był politykiem wielkiego formatu. Od 1914 roku zasiadał we francuskim Zgromadzeniu Narodowym. Był pierwszym czarnym deputowanym wybranym w wyborach do parlamentu w Paryżu. W czasie I wojny światowej dzięki jego akcji agitacyjnej do armii francuskiej trafiały tysiące żołnierzy z francuskich kolonii na zachodzie Afryki.

Raoul Diagne nie poszedł w ślady ojca, ale zrobił za to karierę jako futbolista. W 1931 roku opuścił rodzinny Dakar i wyjechał do Paryża. Został zawodnikiem Racing Club de France, z którym wywalczył ligowe mistrzostwo i puchar, a w 1933 roku, jako pierwszy czarnoskóry piłkarz, założył koszulkę reprezentacji Francji. W barwach „Trójkolorowych" wystąpił nawet w mistrzostwach świata w 1938 roku organizowanych nad Sekwaną. Zagrał w wygranym 3:1 meczu Francuzów z Belgią oraz w ćwierćfinałowym starciu z późniejszymi mistrzami świata Włochami, który gospodarze przegrali 1:3. Był pierwszym zawodnikiem z Afryki subsaharyjskiej, który wystąpił na mundialu.

Niewiele brakowało, a Raoul Diagne zagrałby w jednym zespole z największą gwiazdą polskiej piłki okresu międzywojennego Ernestem Wilimowskim! Śląski napastnik Ruchu Chorzów razem z Wilhelmem Górą z Cracovii namawiany był przez działaczy Racingu do gry w ich zespole. Ostatecznie, mimo prowadzonych pertraktacji i rozmów w tej sprawie, z transferów nic nie wyszło".

Tyle wpis na blogu. Teraz nasuwają się pytania. Co by się stało, gdyby Ezi przyjął propozycję Racingu? Na pewno zostałby skreślony z listy reprezentantów Polski, bo ówczesne prawo PZPN-u zabraniało gry w klubie zawodowym. Poza tym byłaby to ewidentna dezercja. Czy Ezi przyjąłby w 1940 roku obywatelstwo III Rzeszy, gdy ta zajęła Francję? Nie można tego wykluczyć. Czy w Polsce po latach miałby niesłuszny status zdrajcy numer jeden? Tu już mamy wątpliwości. Skoro odszedłby do Racingu jesienią 1937 roku, ominęłyby go mecze z Brazylią na mistrzostwach świata i Węgrami tuż przed wybuchem wojny. Nie zapisałby się w pamięci polskich kibiców jako wielki, wręcz legendarny futbolista... Może żyłby spokojnie we Francji, spełniony jako zawodowy piłkarz. Po latach mógłby wrócić na Śląsk, najpewniej bez żadnych przeszkód i parszywie przyszywanych etykietek zdrajcy. To też jest możliwe. Wtedy nie budziłby już przecież takich emocji. Byłby tylko jednym z wielu śląskich piłkarzy, którzy u schyłku życia chcieli po raz ostatni zobaczyć rodzinne strony...

Źródło: Blog Michała Zichlarza „Afryka gola! Futbol i codzienność", tekst z 25 listopada 2011 roku, Encyklopedia Piłkarska Fuji Andrzeja Gowarzewskiego.

Fot. Inbedwithmaradona.com (na zdjęciu Raoul Diagne)


Ezi kochał grać z dzieciakami

15-12-2013

Do legendy przeszły jego potyczki dryblerskie z dzieciakami na sląskich hałdach. Wciąż mało mu było piłki...

Jak dowodzi historyk futbolu Andrzej Gowarzewski grał też z przypadkowymi ludźmi obok dworca Katowice. Dokładnie od południowej strony, gdzie znajduje się skwer nazywany placem Andrzeja. Obserwowały go wówczas (lata 30.) setki ludzi. A był już przecież wtedy piłkarzem Ruchu i reprezentacji Polski!

Ponad dekadę wcześniej, jako mały chłopiec uganiał się za piłką na katowickich placach i ulicach. Często można go było spotkać na Emma Strasse (późniejszej Francuskiej), gdzie do późnych godzin wieczornych rozgrywał „podwórkowe mecze". Właśnie podczas jednego z nich wypatrzyli go łowcy talentów z 1FC Katowice. Tak zaczęło się jego wielka światowa kariera. Ale nie tylko jego... Na Emma Strasse kopał piłkę z Otto Riesnerem, który tak jak Ezi trafił do 1FC Katowice. Później zagrał kilka meczów w kadrze Polski, reprezentując Garbarnię Kraków.

Na zdjęciu z końca lat 20. Ezi (stoi drugi od lewej) w barwach drużyny juniorów 1FC Katowice.

Źródło: Mecz, cykl tekstów Andrzeja Gowarzewskiego „Ja, Ezi Wilimowski", 1990 r.

Fot. Archiwum Thomasa Urbana

Takiego wejścia nie miał nikt

09-12-2013

To było prawdziwe wejście smoka, lub raczej wejście „rudego diabła", jak swego czasu pisał historyk futbolu Andrzej Gowarzewski. Takiego debiutu na ligowych boiskach nie miał bowiem nikt...

Prześledźmy go. Na przełomie 1933/34 Ernest Wilimowski zasilił Ruch Wielkie Hajduki, opuszczając macierzysty 1FC Katowice. Co było dalej?

8 kwietnia 1934 – debiut w I lidze, w meczu Cracovia – Ruch, hajduczanie triumfują 3:0, Ezi jeszcze bez gola

29 kwietnia 1934 – Ruch wygrywa z Wisłą Kraków 4:1, pierwszy gol 17-latka

3 maja 1934 – Ruch gromi Podgórze Kraków 13:0, a Wilimowski trafia pięciokrotnie (!)

Potem mamy takie smaczki, jak lipcowy mecz z Pogonią we Lwowie. Ruch wygrywa 5:1, a Wilimowski popisuje się hat trickiem. W sierpniu w spotkaniu z ŁKS-em trafia czterokrotnie, a jego klub wygrywa 6:0. Na tym nie koniec – jak zwykł mawiać sam Ezi do bramkarzy, gdy wbijał im kolejne gole. We wrześniu rewanż z Pogonią Lwów, tym razem na Kalinie – 5:0 i cztery trafienia. Wreszcie w finale sezonu wyjazdowy pogrom Warszawianki – 7:1, a Ezi ponownie kończy mecz z czterema golami.

W efekcie, na finiszu sezonu Wilimowski zostaje królem strzelców z 33 bramkami (!), a w plebiscycie Przeglądu Sportowego na najpopularniejszych polskich sportowców zajmuje czwarte miejsce za takimi sławami jak „Stella Walasiewicz, Jadwiga Wajsówna i Janusz Kusociński.

Trudno się zatem dziwić Józefowi Kałuży, że już w maju (dokładnie 21 maja) dał Wilimowskiemu szansę debiutu w reprezentacji. Zamieszczone na naszej stronie zdjęcie dokumentuje ten moment, zostało wykonane na stadionie Idraetspark w Kopenhadze, na kilka minut przed rozpoczęciem spotkania.

Na unikalnej fotografii od lewej stoją: Henryk Martyna, Jerzy Bułanow, Józef Kotlarczyk, Spirydion Albański, Aleksander Mysiak, Jan Kotlarczyk, kapitan związkowy Józef Kałuża. Na ławeczce siedzą od lewej: Ewald Urban, Michał Matyas, Józef Nawrot, Ernest Wilimowski i Gerard Wodarz.

Ezi w meczu z Dania bramki nie strzelił, a ekipa Kałuży poległa 2:4. Na koniec jednak warto zaznaczyć, że sezon 1934 hajducki bombardier zakończył trzema trafieniami w pięciu meczach kadry.

Fot. Archiwum Thomasa Urbana

1   2   3   4   5   6   7   8   9